Lech Poznań we wtorkowy wieczór zrobił to co do niego należało, mianowicie pokonał w meczu wyjazdowym FK Sarajewo 2-0 i jest bliski awansu do III rundy. Bramki dla Kolejorza zdobyli Kasper Hamalainen i Denis Thomalla. Poznaniacy od pierwszego gwizdka kontrolowali przebieg spotkania, nie pozwalając na zbyt wiele gospodarzom. Nie oznacza to jednak, że mistrzom Bośni nie udało się stworzyć akcji podbramkowych. Nie były one jednak na tyle groźne, aby pokonać dobrze dysponowanego Jasmina Buricia. Jak się okazało, przeciwnik z Bałkanów wcale nie taki straszny jak go malowali przed meczem. Warto dodać, że podstawowym zawodnikiem FK jest dobrze znany w Polsce Bojan Puzigaca. On, tak jak i pozostali jego koledzy odgrażał się przed meczem, mówiąc, że Lecha czeka trudne zadanie.

Mimo tego, że Lech dosyć pewnie wygrał 2-0, łatwo nie było. W 7 minucie boisko musiał opuścić Karol Linetty, najprawdopodobniej z powodu urazu mięśnia dwugłowego uda. W jego miejsce Maciej Skorża desygnował do gry Dariusza Dudkę. Gdy wydawało się, że to już koniec problemów, to w 38 minucie trener Lecha musiał dokonać kolejnej wymuszonej zmiany, bowiem Dawid Kownacki w pojedynku z obrońcą gospodarzy mocno ucierpiał. Nie mógł kontynuować gry, ponieważ opuścił boisko z podejrzeniem wstrząśnienia mózgu. W przerwie spotkania został odwieziony do szpitala. W jego miejsce wszedł Dariusz Formella, a niedługo potem, bo zaledwie dwie minuty po zejściu Kownackiego Lech objął prowadzenie. Łukasz Trałka zachował się jak wysokiej klasy boczny pomocnik, najpierw kiwając obrońcę Sarajewa, następnie dośrodkowując wprost na głowę Kaspera Hamalainena. Do przerwy zatem mistrz Polski schodził z jednobramkowym prowadzeniem. W drugich 45-ciu minutach obraz gry specjalnie się nie zmienił. Nadal częściej w posiadaniu piłki byli gospodarze chcąc stworzyć zagrożenie pod bramką Buricia, jednak defensorzy Lecha rozbijali ich akcje w zarodku. Inna sprawa, że zawodnicy Sarajewa, to nie są żadni wirtuozi, co z pewnością ułatwiało grę obrońcom Lecha. Sporadycznie udawało się przedostawać gospodarzom w pole karne gości. Oglądając to spotkanie miałem jednak wrażenie, że piłkarze Lecha grają na 50-60% swoich możliwości. Dziwne biorąc pod uwagę, że było zaledwie 1-0 i wynik dwumeczu wciąż pozostawał nie rozstrzygnięty. W ten sposób Lech dawał nadzieję gospodarzom na korzystny rezultat, a sam okupił to trzema zupełnie niepotrzebnymi żółtymi kartkami. Na nic zdały się apele Andrzeja Strejlaua komentującego to spotkanie wspólnie z Jackiem Laskowskim. Były selekcjoner naszej kadry zwracał uwagę na to, że mistrzowie Polski niepotrzebnie dopuszczają do sytuacji stykowych z rywalem, bo to grozi kolejnymi urazami, a przecież to dopiero początek sezonu. W 62 minucie po raz kolejny przypomniał o sobie Barry Douglas, Szkot popisał się swoim znakiem firmowym, czyli dobrym, precyzyjnym dośrodkowaniem. Wykonując rzut wolny posłał piłkę idealnie za głowy obrońców FK Sarajewo, a tam już czaił się Denis Thomalla, który ładnym strzałem głową pokonał golkipera gospodarzy. Gdy wydawało się, że Poznaniacy ruszą z pressingiem, aby dobić rywala aplikując im trzecią bramkę, po raz kolejny cofnęli się na swoją połowę czekając na przyjęcie gospodarzy.

Możliwe, że są to skutki piątkowego meczu o superpuchar, w którym Lechici zostawili sporo zdrowia i energii. Osobiście wolałbym jednak, aby podobny scenariusz nie miał miejsca, bo wystarczająco ciężko oglądało się to spotkanie za sprawą realizatora. Tak patrząc na wczorajszy pojedynek zauważyłem jak Polska piłka rozwinęła się pod kątem organizacyjnym. Bardzo dobrze było to widać wczoraj na tle starej infrastruktury w Sarajewie. Obecnie polskim piłkarzom niczego nie brakuje, co najwyżej wyniku sportowego. Oprócz tego widać było dobre przygotowanie Lecha do sezonu. Przerwa choć była krótka, to z pewnością prawidłowo zagospodarowana. Co więcej, daje się również zauważyć dobrą atmosferę jaka obecnie panuje w Lechu, być może jest to zasługa zgrupowanie w Gniewinie, być może osoba Macieja Skorży, który potrafi zadbać o dobre relacje w szatni. Być może zbyt wcześnie na takie odważne tezy, ale mam dziwne wrażenie, że ten rok może być przełomowy jeśli chodzi o polską piłkę klubową. Od kilkunastu lat powtarzamy, że jak nie teraz to kiedy wspólnie tworząc presje na zawodnikach. Właśnie teraz, gdy nikt (poza kibicami) nie daje Lechowi zbyt wielu szans na awans do Champions League uważam, że to może się udać. Przede wszystkim Lech ma taki komfort, że nie osłabił się, a jedynie wzmocnił naprawdę niezłymi zawodnikami. Kadra od dłuższego czasu jest ta sama, a nowi zawodnicy szybko wkomponowują się w zespół. To może okazać się receptą na sukces. Rewanż za tydzień w Poznaniu, co by nie mówić Lech jedną nogą jest już w następnej rundzie. Nawet jeśli już nie będzie w niej rozstawiony, nie należy się przesadnie obawiać. W tym roku na próżno szukać zespołu, którego należy unikać podczas losowania.