W meczu Arki z Legią nie było niespodzianki. Wicemistrzowie Polski podtrzymali dobrą passę i wygrali w Gdyni 1:0. Autorem jedynej bramki był Jarosław Niezgoda, który wszedł z ławki w drugiej części spotkania.

Od pierwszego gwizdka sędziego Mycia na boisku dominowała drużyna Aleksandara, ale tego z Warszawy. Trener Rogić nie miał zamiaru odkrywać się od początku spotkania, wiedząc jakim potencjałem dysponuje aktualnie Legia i w jakiej znajduje się dyspozycji. W porównaniu do wyjazdowej porażki ze Śląskiem Serb dokonał jednej zmianie w składzie. Azera Busuladzicia zastąpił Adam Danch. Mocno defensywne ustawienie gospodarzy nie powstrzymało jednak legionistów od kreowania kolejnych dogodnych sytuacji bramkowych. W pierwszej połowie świetnie wyglądał przede wszystkim Luquinhas. Brazylijczyk raz po raz napędzał ataki gości. Od początku sporo pracy miał Pavels Steinbors, który najpierw odbił strzał zza pola karnego Kante, a później popisał się kapitalną interwencją po strzale Artura Jędrzejczyka. Zwłaszcza sytuacja reprezentanta Polski powinna dać Legii prowadzenie. Będącej w trudnej sytuacji Arce nie pomogła także czerwona kartka dla Nando. Pomocnik żółto-niebieskich spóźniony zaatakował stopę Andre Martinsa. Zdecydowanie oglądanie powtórek nie jest wskazane w trakcie posiłku. Kartka w stu procentach zasłużona, mimo tego, że Hiszpan nie zamierzał tak ostro zaatakować rywala.

https://twitter.com/Hubert__Michno/status/1191040210341117952

Z mojego punktu widzenia nie była to ładna gra i przyjemna do oglądania. Dużą część spotkania graliśmy w osłabieniu, oczywiście przeciwko silnej drużynie, jaką jest Legia, która dominowała. Uważam, że czerwona kartka, to był decydujący moment tego spotkania. Mówiliśmy jakim przeciwnikiem jest Legia, są w dobrym momencie sezonu, nie chce zaczynać spotkań, żeby od razu atakować. Legia kreowała wiele okazji bramkowych, a to było pierwsze 30 minut spotkania – tłumaczył po meczu trener Rogić.

-Cenne i ważne zwycięstwo dla nas, wiedzieliśmy, że po trzech wygranych dzisiaj czeka nas trudne spotkanie. Mieliśmy je z przeciwnikiem, który wiedział, że musi walczyć o każdy punkt. Dlatego byliśmy przygotowani na to. Byliśmy nieskuteczni, ale gdy się nie wykorzystuje sytuacji, to trzeba cierpliwie dążyć do tego, żeby strzelić bramkę. Od początku byliśmy lepsi, ale po czerwonej kartce nie grało nam się łatwiej. Arka jeszcze bardziej zaciekle broniła, nie jest łatwo się przebić przez ten mur – mówił z ulgą Vuković.

Arka sporadycznie opuszczała własną połowę spotkania, jeszcze rzadziej gościła w polu karnym Legii. W 39. minucie spotkania gospodarze potrafili sobie stworzyć jednak dogodną sytuację. Do wybitej przez obrońców Legii piłki dopadł Adam Danch, który zagraniem głową pozwolił stanąć Vejinoviciowi oko w oko z Radosławem Majeckim. Holender jednak był wyraźnie pociągany za koszulkę przez Luisa Rochę. Portugalczyk, który tego dnia zastępował Michała Karbownika, zdołał wybić piłkę, ale cały czas ciągnął pomocnika Arki za koszulkę, co uniemożliwiło mu oddanie strzału. W momencie, gdy wszyscy kibice gospodarzy oraz sami zawodnicy byli przekonani o tym, że należy im się rzut karny, gwizdek Wojciecha Mycia milczał. Arbiter poczekał jeszcze chwilę na wznowienie gry, ale najwyraźniej sędziowie VAR, a dokładniej Daniel Stefański nie widzieli takiej konieczności, aby sędzia Myć, podbiegał do monitora.

Po tej sytuacji jeszcze jedną niezłą okazję miała Arka, ale Davit Skhirtladze oddał strzał w sam środek bramki, dlatego Majecki nie miał problemów z obroną. – Dostałem powtórki, posłuchałem także ekspertów, którzy powiedzieli, że w obydwu sytuacjach powinien być rzut karny. Tylko sędzia wie, dlaczego nie podyktował jedenastki. Nie rozumiem tylko po co mamy VAR? Sędzia sprawdził dokładnie sytuację, po której dostaliśmy czerwoną kartkę, a ta miała miejsce w środku boiska, nie w polu karnym. Wydarzeń w polu karnym już nie chciał sprawdzać, co jest dla mnie bardzo dziwne – nie ukrywał zdenerwowania Aleksandar Rogić.

Był pomysł na to spotkanie, Legia w początkowej fazie nas zepchnęła, stworzyła kilka dogodnych okazji, ale tak jak mówię, czerwona kartka sprawiła, że było to zupełnie inne spotkanie. Czuliśmy, że możemy coś ugrać, ale też, o czym tu mówić, jeśli już nawet ściany nie chcą pomóc w trudnych sytuacjach. Jak to się mówi, biednemu wiatr w oczy. Trzeba z tego wyjść, to już jest historia. Nie ma co gdybać, czy sędziowie mieli rację, czy nie mieli. Czerwona kartka scaliła nas jako drużynę i pokazaliśmy, że potrafimy walczyć – mówił po meczu Damian Zbozień.

Prawy obrońca Arki mocno żałował porażki z Legią, ponieważ wierzy, że było stać jego drużynę przynajmniej na remis. – Ciężko jest grać jednego mniej, bronić przez całe spotkanie i oczekiwać tego, że chłopaki, którzy biegają z językiem na wierzchu, jak to się mówi za chlebem, nagle po wybiciu piłki coś wykreują. Wszyscy oczekują, że nagle Davit przyjmie, minie czterech i dołączy do niego reszta kolegów? Nie da się tak grać, kto gra w piłkę, to wie, że ciężko jest biegać tylko za piłką. Cały czas odwracasz się, rywal siedzi prawie całym zespołem na twojej połowie. Nie jest łatwo, to też jest Legia, a nie przypadkowy zespół. Emocje we mnie buzują, ale się staraliśmy. Bronić nie jest łatwo – mówił niepocieszony obrońca.

Obrona Częstochowy

W drugiej połowie obraz gry się nie zmienił. Nadal to Legia starała się dobrać do skóry Arce. Gospodarze jednak postawili dosyć wysoki i szczelny mur, legioniści swoich szans szukali głównie po rozegraniu do boku i po dośrodkowaniach. Tam jednak większość piłek padała łupem Christiana Maghomy i pozostałych obrońców. Grająca w osłabieniu Arka nie potrafiła przenieść ciężaru gry na połowę Legii, co powodowało dużą stratę sił. W 78. minucie Luquinhas dobrym podaniem uruchomił Jarosława Niezgodę, który wszedł w drugiej części gry za Pawła Wszołka. Napastnik Legii miał sporo miejsca do tego, aby wyjść sam na sam ze Steinborsem. Efektowna podcinka legionisty dała gościom prowadzenie. – Do pewnego momentu ciężko mi się grało po wejściu na boisko. Graliśmy głównie na skrzydła i próbowaliśmy dośrodkowań. Cały czas byłem kryty i czułem oddech wysokiego Maghomy. Moją grą jest właśnie ta akcja bramkowa. Wyjście na prostopadłą piłkę i wtedy robię, to co lubię najbardziej. Zdziwiła mnie ta łatwość przy bramce, bo przez pierwsze 10 minut jak wszedłem, prawie w ogóle miejsca. Zawodnicy Arki popełnili jakiś błąd, bo dwóch poszło do Luquinhasa, a mnie zostawili samego – ocenił po spotkaniu autor zwycięskiej bramki.

Forma dwójki napastników Kante i właśnie Niezgody z pewnością może cieszyć trenera Vukovicia. W meczu z Wisłą Kraków hat-tricka zaliczył Kante, a jedno trafienie dorzucił Niezgoda. Hiszpan zdobył również bramkę w meczu pucharowym z Widzewem. – Cieszę się, że obaj napastnicy są dobrze dysponowani, zwracają zaufanie, które obaj otrzymali. Nie będę wspominał, ile było wątpliwości co do ich gry wcześniej – nie ukrywał zadowolenia z gry napastników Vuković. Serbski szkoleniowiec nie zaczyna spotkań z dwójką napastników, raczej woli wystawiać jednego, choć nie wyklucza takiego wariantu w przyszłości. – Wolę z pewnością grać od pierwszej minuty, ale taką mam rolę. Czasem tak bywa i na pewno nie obrażam się i nie obrażę się, jeśli taką rolę będę jeszcze musiał pełnić w przyszłości. Jestem takim zawodnikiem, który wchodząc z ławki, potrafi odmienić losy meczu. Z Lechem i Wisłą też graliśmy razem z Jose. Nie mieliśmy jeszcze okazji rozegrać całego spotkania razem, ale dobrze czuje się w tej współpracy. Jose bardziej szuka tej piłki, jest pod grą, a ja czekam na nią i na okazje – ocenił współpracę z Kante Jarosław Niezgoda.

Po zdobytej bramce Legia naturalnie cofnęła się na swoją połowę. Arkowcy szczęścia szukali głównie w dalekich dośrodkowaniach i podaniach na wysokiego…Maghomę. W trzeciej minucie doliczonego czasu gry byli bliscy szczęścia, ale strzał głową Macieja Jankowskiego minął słupek bramki Majeckiego. W powtórkach tej sytuacji wyraźnie widać, że napastnik gospodarzy był ściągany w dół za koszulkę przez Artura Jędrzejczyka. Sam Jankowski jednak nie miał zamiaru upaść, tylko za wszelką cenę chciał oddać strzał, stąd być może brak decyzji o rzucie karnym. Za dyskusję na temat tej sytuacji Vejinović został ukarany żółtą kartką. – Mówiliśmy sobie o tym w szatni, że może też powinniśmy tę presję wywierać. Wydaje mi się, że inną presję na sędziach wywołuje koszulka Legii, a inną koszulka Arki, co jest przykre. My podbiegając do sędziego, byliśmy straszeni żółtą kartką i przy tym widać u sędziego olbrzymią pewność siebie w oczach. Wiesz, że powiesz jeszcze jedno słowo i dostaniesz żółtą kartkę, a inną reakcję widzę, gdy podbiegają zawodnicy Legii. Wygląda na to, że nic się z tym nie zrobi, bo Legia to duży klub i ligowy potentat – mówił Damian Zbozień.

Zwycięstwo Legii nie może zbytnio dziwić, biorąc pod uwagę liczbę stworzonych sytuacji. Gdyby nie Steinbors ten mecz mógłby skończyć się już wcześniej, a tak Arka do końca walczyła o zdobycie choćby punktu. – Na pewno trzeba było studzić głowy, nabrać trochę pokory przed tym meczem, bo jakby nie patrzeć graliśmy z ostatnim zespołem. Myśli jakieś były, że będzie łatwiej się grało, ale rzeczywistość jest inna. Boisko pokazało, że był to dla nas najcięższy mecz w ostatnim czasie – stwierdził Niezgoda. Wygrana oznacza, że Legia zajmie fotel lidera, natomiast Arka przynajmniej do następnej kolejki będzie na ostatnim miejscu. W kolejnym meczu Legia zmierzy się z Górnikiem, natomiast Arkę będzie czekać arcyważne spotkanie z Wisłą Kraków przy Reymonta. – Skupiamy się na meczu z Wisłą, bo to jest nasz bezpośredni rywal i tam będzie trzeba pokazać taką samą albo większą determinację. W wyjazdowych meczach różnie to wyglądało z nami, dlatego teraz ważne jest, aby tę determinację i zaciętość utrzymać – zapowiada Zbozień.

Jedno jest pewne, Arka już od tego momentu zmuszona jest do walki o utrzymanie. Zimą z pewnością właściciele klubu wraz z trenerem zmuszeni będą pójść na zakupy, bo jakości brakuje już nie tylko na ławce, ale także w pierwszym składzie. Znamienne były zmiany Arki w tym spotkaniu. Za Skhirtladze trener Rogić wprowadził Rafała Siemkaszkę, a za Michała Nalepę Marcusa Da Silvę. Obydwaj zawodnicy mocno zasłużyli się dla klubu, ale jeśli ktokolwiek będzie grał w Arce z przyzwyczajenia i za zasługi, to kolejny sezon Arka spędzi w I lidze.